Berlin

 

Lot do Amsterdamu był długi, ale nie potrafiłem usnąć. Prawdę mówiąc byłem zbyt podekscytowany i oszołomiony. Odprawianie pudży w toalecie nie było niczym zabawnym; toalety w samolotach to odludne, brutalne miejsca i jest w nich nieziemsko zimno. Lotnisko w Amsterdamie w niczym nie było lepsze. Przeżyłem tu prawdziwy szok! To już nie Kalifornia, nie zajmowałem się już rozwiązywaniem skomplikowanych spraw rodzinnych. Nie. Teraz byłem w Europie, teraz zajmowałem się rozwiązywaniem skomplikowanych spraw naszej planety. Kupiłem bilet do Berlina, a ciężkie torby dałem na przechowanie na dworcu centralnym, na którym aż roiło się od najrozmaitszych dziwaków. Nie czuło się tu Europy. Czarne twarze strzegły toalet. Arabowie sprzedawali falafel, a Chińczycy bilety na przejażdżkę łodzią po brudnych kanałach. Widziałem holenderskich policjantów podnoszących kilku Bułgarów śpiących na podłodze. Jedno wielkie kolorowe mrowisko. Musiałem czymś zabić czas podczas ośmiu godzin, które miałem spędzić w  tym szalonym miejscu. Chodziłem jak uśpiony i o mały włos nie przejechał mnie autobus. Mój sen o Holandii sporo mnie kosztował. Dolary amerykańskie były prawie bezwartościowe. Trudno było cokolwiek kupić nie mając pełnej taczki zielonych.

Dzielnica czerwonych latarni zalatywała tandetą. Niczym głuche BUM po uderzeniu w pusty kanister. Wszyscy wokół,  w miejscu gdzie przeszłość w przedziwny, przecudowny sposób mieszała się z nowoczesnością, stali zagubieni i zdruzgotani. Nadmiar zmysłowości. Prawdziwe niebo. Moje nowe życie w Eurazji właśnie się rozpoczęło. Młoda holenderska wdowa wypiła ze mną drinka przy głównym kanale. Miała przejrzystą bluzkę, pod którą nie nosiła niczego więcej. "Ach, ci Holendrzy są tacy perwersyjni" stwierdziła stanowczo. "Właśnie dlatego wyszłam za Amerykanina. Nie potrafiłabym już mieszkać w Holandii. Jest tu zbyt przytłaczająco i zbyt drogo. Wszyscy ci cudzoziemcy doją nasz system opieki społecznej. Podatki są za wysokie." Powoli usypiałem. "Och, gdzie moja siostra!" wykrzyknęła holenderska wdowa. "Jej córka jest taka piękna. Wiesz, ona wyszła za Indonezyjczyka". Spojrzałem w niebo i nie wiedziałem, co powiedzieć. Zdałem sobie sprawę, że nawet o samym sobie nie wiem zbyt dużo. Europa po upadku muru była już całkiem inna. Nie kierując się żadnym planem obserwowałem i starałem wczuć się w atmosferę tego miejsca.

Nocny pociąg do Berlina wyjechał dokładnie według rozkładu. Słyszałem zgrzyt wydawany przez miażdżące wszystko na swej drodze koła pociągu, zagłębiające się w ciemną, zimną i tajemniczą noc. Głośne, pojedyncze, niemieckie okrzyki ogłaszały na trasie miejsca krótkich i rzadkich przystanków. Większość stacji była całkowicie opustoszała. Przedział sypialny dzieliłem z młodym Niemcem szukającym w Berlinie pracy i szwedzkim chłopakiem jadącym na robotę do Jugosławii. Obaj brali mnie za Włocha i z zaskoczeniem przyjęli fakt, że jestem Amerykaninem. Moja ciemna karnacja była częstą przyczyną zgadywanek. Czy jestem Meksykaninem czy Rosjaninem?  Żydem czy może jakimś zagubionym Arabem? Niemiec ubawił się słysząc, że jestem buddystą. Pomógł mi zlokalizować wymarzony adres ośrodka Wielkiego Mistrza na starej i wysłużonej mapie Berlina. Wciąż były na niej dawne granice znaczące mapę niczym paskudne plamy po kawie. Młody Szwed dał mi serbskiego dinara, banknot wart tyle co milion petów. "Scheiße!" Zaryczał Niemiec. "Bandycka forsa!" Swoją pierwszą pudżę odprawiłem gdzieś na wschód od Hanoweru.

Berlin wzbudzał podziw i grozę następnego ranka. Gorączkowe ożywienie a zarazem powaga. Stare rozpadające się fasady Poczdamu sygnalizowały nasze nieuchronne przybycie. muru już nie było. Przypływy i zawirowania świeżo uwolnionej energii głosiły otwarcie wirów. Rosjanie i Amerykanie wracali do domu. Dłużej nie byli w stanie trzymać w zamknięciu tego cholernego miejsca. Moskwa i Waszyngton były bankrutami a Europa sama musiała zająć się praniem własnych brudów. Nastała wspaniała epoka dla młodych i szalonych. Cudowna epoka!

 

Berlin widziany z kosmosu:

Owe dziwaczne ziemskie stworzenia zdają się zżerać mnóstwo energii podczas dochodzenia do wyższych form złożoności. Nie mają wyboru, aby przeżyć muszą istnieć z dala od świata równowagi. Proces taki bywa z natury nietrwały. Aby utrzymać się w czołówce tak złożonego procesu ziemskie istoty odkryły chyba pierwotne formy hiperorganizacji. Posługują się głównie językiem symboli. Niestety, tempo rozpraszania energii wzrasta, a przeróżne nowopowstałe złożoności zdają się prowadzić ku nowym formom nacisku. Prawdziwe spektrum nierównowagi. Do wytworzenia energii o najwyższej jakości konieczne są coraz bardziej doskonałe formy hiperorganizacji. Wewnątrz i na zewnątrz złożonego, wstrząsanego zmianami organizmu potrzeba więcej procesów symulacyjnych a mniej bezużytecznych zadań. Należy coraz bardziej "monitorować i kierować" stanem nierównowagi. nierównowaga. Cóż za piękne słowo. W odpowiednim czasie wyślemy kolejny komunikat.

 

Fakty z powierzchni Berlina:

Niemcy, a może jedynie mieszkańcy Berlina, są najbardziej uprzejmymi ludźmi na świecie. Stale spotykałem się z pomocą gdy podczas przechodzenia przez ulice i wspinaczki po zabójczych schodach, cały spocony taszczyłem wzdłuż Bundesallee swoje monstrualnej wielkości torby. Zabłądziłem pośród tych uliczek, wtedy jakaś młoda mama położyła moje szkaradne bagaże na swoim rowerze, a  małego blond bobasa posadziła na kierownicy, po czym fachowo pokierowała całym tym kramem w kierunku swojego mieszkania. "Proszę tu poczekać, pójdę po samochód," powiedziała nieśmiało, najnaturalniejszym tonem na świecie.

 

Słońce widziane z Berlina:

Olbrzymia świecąca żarówka jest pozornie od niczego niezależną kulą. W rzeczywistości jest jak zmienna, kapryśna marionetka na wielu sznurkach. Tajemniczy wiatr słoneczny rozlewa wokół nas swoje magiczne tchnienie. Rozbłyski i plamy na słońcu wzrastają i maleją gwałtownie dając Berlińczykom w darze przyzwoite temperatury zanim nowa Epoka Lodowcowa opadnie na ziemskie doliny znienacka jak Zorro z taniego westernu,.

 

"Cześć, ah... wie geht's, ty chyba jesteś Bruno?" uśmiechnąłem się niepewnie. Wysoki i przysadzisty Niemiec miał na sobie jedynie szlafrok i duże okulary. Mówił też słabo po angielsku. "Ja, ja, ich bin Bruno. Sie sind Amerikaner?" Wskazałem na swoje bagaże. "W zeszłym tygodniu napisałem list. Dostał go pan?" Przez chwilę, która zdawała się wiecznością, Bruno gapił się na mnie, jakby szukał alibi. Pierwszy kant w moim wykonaniu. Musi się udać. "Jestem przyjacielem Jensona z San Francisco." To mnie dobiło. Nie widziałem Jensona przez lata. Był facetem, który dał mi mały przebłysk tego, czym jest Mahakala, zanim jeszcze mistrz mnicha z Arizony przekazał mi prawdziwą wiedzę. Obaj odczuwali niechęć wobec Jensona, a jeszcze bardziej wobec jego ekscentrycznego mentora, Wielkiego Mistrza. Bruno uśmiechnął się szeroko. "Ja, ja Jenson..." Magiczne światło zapłonęło. Wkrótce zajadaliśmy się jajkami w koszulkach i przepyszną marmoladą. Zaprowadził mnie do mojego pokoju i pokazał łazienkę. Całkiem niezłe miejsce. Centrum mieściło się w olbrzymim mieszkaniu, które było własnością jakichś przeraźliwie bogatych i nieobecnych właścicieli. Bruno był jedynie lokatorem.

 

Bruno przedstawił mnie Indze. Była typem wysokiej i chudej niemieckiej piękności o szerokim uśmiechu i chłopięcej postawie. W poprzednim wcieleniu Inga równie dobrze mogła być mężczyzną. Teraz jednak była typową, uległą niemiecką żoną, matką dwóch małych szkrabów. Znalazłem się w środku Kreuzberga, dawnej nowej linii granicznej Berlina. Spekulanci przepędzili punków. Muru nie było, a Kreuzberg był nęcącą nieruchomością. Mąż Ingi był zbyt wykształcony i bezrobotny - moi gospodarze radzili sobie jednak dzięki hojności niemieckiego systemu opieki społecznej, którego fascynujące trzewia z powodzeniem konkurowały z tym, do czego byłem przyzwyczajony w domu. Indze nie podobało się wazeliniarstwo Wielkiego Mistrza, ale nic nie mówiła. Jej mąż pomagał prowadzić centrum, ten wątpliwy zaszczyt był punktem rodzinnego honoru. Istotnie, z centrum zalatywały subtelne sygnały braku harmonii. Energia ulegała rozproszeniu a jej poziom malał; sprawność niemieckiej organizacji zakrywała panujący chaos. Wielkie rozdarcie powstałe wokół osoby małego tybetańskiego chłopca ujawniło demagogię, podczas wjazdów Wielkiego Mistrza do miasta miały również miejsce praktyki seksualne. Dla Wielkiego Mistrz mały tybetański chłopiec był jednym wielkim oszustwem, narzędziem czerwonych chińskich hord. Przyglądałem się wszystkim tym słodkim, teutońskim panienkom siedzącym na widowni. Większość z nich kochała Mistrza. Praktyki duchowe nie odgrywały większej roli, wśród tłumu wyczuwało się płomienny erotyzm. Co dziwne, Wielki Mistrz zgadzał się z moim przyjacielem, młodym Lamą. System Tulku rozpadał się u samego źródła, weryfikacja nowych chłopców wymagała zastosowana naukowych metod. W pokoju rozchodził się zapach kultu. Przedziwny widok. Jakaś wyjątkowo piękna niemiecka brunetka o wysokich kościach policzkowych i królewskim podbródku wciąż patrzyła w moim kierunku. Większość młodych Niemców mówi dobrze po angielsku i ona też nie była wyjątkiem. "Jak długo będziesz w Berlinie?" uśmiechnęła się wyczekująco. "Kilka dni" wymamrotałem smutnie. "Och, rozumiem" zaświergotała po cichu  rozczarowana brunetka. "Czyż on nie jest wspaniały?" dopytywała się. "Najlepszy" uśmiechnąłem się. "Czy jesteś z tej drugiej strony?" drążyła dalej. "Co przez to rozumiesz?" spytałem. "No wiesz... z drugiej strony". Jej głębokie niebieskie oczy wpatrywały się we mnie. "Tak, jestem zwolennikiem tego małego chłopaka z Tybetu" potwierdziłem zgodnie z prawdą. "Dlaczego zostajesz tylko kilka dni?" dopytywała się brunetka z nadzieją w głosie. Nie byłem pewien co odpowiedzieć. Berlin zaczynał mi się podobać. Stylowe, pełne erotyzmu miejsce, mogące zadowolić każdy gust. Przypomniałem sobie, że mój plan jest bardzo napięty i obowiązuje mnie samodyscyplina. "Mam parę spraw do załatwienia w Pradze" powiedziałem śmiertelnie poważnie. "W Pradze?"  brunetka rzuciła  zdziwione spojrzenie. "Co masz tam do roboty?" Spojrzałem przez okno i powiedziałem łagodnie: "Nie wiem".

 

Berlin, cóż mogę powiedzieć? Świetne miejsce na spacery. Wspaniałe miasto, gdzie wszędzie można dojechać metrem i  nie zostać złapanym przez kanarów. "Oswobodzony" sektor wschodni wyglądał okropnie bezbarwnie. Większość mieszkańców sprawiała wrażenie zaszokowanych i ponurych. Dostrzegłem zmiany przeżerające się przez brzydkie obrzeża dawnej granicy. Otwory po pociskach z czasów II wojny światowej wciąż upiększały większą część berlińskiego starego miasta. Aleksander Platz zapełniali żebracy oraz nieletnie, niebieskookie prostytutki. Spocony przedzierałem się przez aleję Unter den Linden, aż dotarłem do Bramy Brandenburskiej. Dzień był pochmurny. Turcy i Rosjanie handlowali kradzionym sprzętem armii sowieckiej, sprzedawali go przeważnie takim głupkom jak ja. Nie kupiłem jednak niczego.

 

tylko oczy:

Berlińska ziemia niczyja znajduje się w fazie bardo. W całości rozprzedano ją na prywatne potrzeby, ale pomimo upływu czasu pozostałości niemieckiej historii są wciąż obecne w tej niesamowitej przestrzeni. Samemu można sprawdzić jak wyglądały dawne cele tortur SS; bunkier Hitlera jakoś nie rzuca się w oczy. Wszystko ukryte pod ziemią, głęboko w czeluściach miasta. Wokół wciąż jednak mnóstwo demonów i duchów. Druga fala przetoczyła się przez Niemcy nagle, cały kraj rzygał krwią. Rosjanie pozostawili w parku Treptower wielkie zwały upiornego marmuru. Niemieckie kobiety są teraz najbardziej zadbanymi kobietami świata, jak chcesz możesz mnie zacytować. tylko zniszcz po przeczytaniu.

 

Berlin widziany od wewnątrz.

Inga miała dwie córki, Tinę i Gizelę. Obie były przeurocze, ale tylko Tina chwyciła mnie za serce. Rozpoznaliśmy się w mgnieniu oka. Mimo, że miała dopiero sześć lat, Tina potrafiła wziąć mnie za rękę i trzymać ją jak doświadczona kochanka. Jest bardzo prawdopodobne, że w niezbyt odległej przeszłości Tina była moim druidyjskim nauczycielem, a Inga była zapewne moim starszym bratem. Berlin przegrał w olimpijskim totolotku, mnóstwo Berlińczyków, z Ingą włącznie, było jednak niewypowiedzianie szczęśliwych. Nie "ich bin dafur".

 

Berlin widziany od zewnątrz:

Cóż, niemieckie kobiety są urzekające, a stacja metra, pełna swoistej karmy, jest świetnym miejscem, aby na nie popatrzeć. Z mojego punktu widzenia każda podróż jest czymś niepowtarzalnym. Wysiadasz i umierasz. Ludzi, których widzisz w czasie podróży nie spotkasz już nigdy więcej, świetne ćwiczenie na obojętność. Powróciłem do bunkra Hitlera i odprawiłem pudżę. Moja ofiara dla Niemców. Berlin znajdował się w stanie dziwnego wzburzenia. Długa noc dobiegła już końca. Wreszcie nadszedł poranek. Niemcy bali się przyszłości, byli jednak zadowoleni z odejścia przeszłości. W Berlinie toczyły się mgliste rozmowy nad obraniem przyszłej drogi. Myśli takie ogarniały mnie, gdy zmagałem się z przeziębieniem i  zmęczeniem po podróży samolotem. Tina nazywała mnie "śpiochem", zacząłem więc odprawiać buddyjską, niebieską medyczną pudżę. Moja wyobraźnia wychodziła daleko poza całą tę złożoność. Na monitorze moich myśli brązowe i czerwone ruiny w centrum miasta były coraz mniej wyraziste. Ruiny były milczącym wspomnieniem złowrogiego zwycięstwa czarnego napięcia nad białym napięciem.

 

Berlin widziany z kosmosu:

Olbrzymie ciśnienie rośnie od nowa. Nasze komputery przeskanowały najnowsze wykresy i zaczęły coś napomykać o złożoności panujących wokół sił. Próba poukładania swoich myśli rozbieganych wskutek silnego umysłowego napięcia. Komputerowy wydruk ostrzega przed długim cyklem. W obliczu ogromnych wybuchów z przeszłości, lata dziewięćdziesiąte przypominają owe niewypowiedziane lata trzydzieste. Typową reakcja na przeciążenie lub białe napięcie jest nagły zastój lub czarne napięcie. Ostatni wir zrodził brunatne i czerwone demony. Wytyczył drogę morderczym i autorytatywnym   ludzkim umysłom. Będziemy starannie monitorować tę poważną sytuację i prześlemy raport na temat każdego "nowego demona" pojawiającego się w ponurym wirze zdarzeń obserwowanych w Eurazji. Po czterdziestu latach sztucznego zamknięcia Wir Numer Dwa planety Ziemia został ponownie otwarty. Kolejne raporty wkrótce.

 

Fakty na powierzchni Berlina:

Inga posmutniała widząc, że wyjeżdżam. Jej mąż był wkurwiony. "Co ty chcesz robić w tej Pradze?" spytał. "Muszę zawieźć przyjaciołom trochę masła orzechowego" odpowiedziałem. "To okropnie ważne". Mąż Ingi ustąpił, a ja zatrzymałem taksówkę. Inga uściskała mnie, niezdarnie okazując  uczucia. Przede mną rozpościerał się duży, szary kadłub Berlina. Czerwone cegły, stal w kolorze sadzy i nieszczęśliwe demony. Kupiłem bilet do Pragi i lekkim krokiem wszedłem na szybkie ruchome schody, podczas gdy grupka młodych ludzi wyśpiewywała złowrogie teksty z tępym zaangażowaniem.