Sofia

 

Ściskałem kurczowo książki Summer i teksty pudży gdy pociąg z łoskotem mijał żółte węgierskie równiny podążając w kierunku granicy z Serbią. W trakcie całej tej odysei pociągami po Europie, kontrolerzy sprawdzający paszporty jednoczyli się ze swoimi kolegami po drugiej stronie granicy, często już wiele kilometrów za granicą, w atmosferze poufałości i klubowej solidarności. Wszędzie, ale nie tutaj. Węgrzy marszcząc brwi stemplowali mój paszport i wyskakiwali z pociągu jeszcze przed dojazdem do granicy. Przedziały dla pasażerów były prawie puste. Konduktorem pociągu był Czech, ale wszyscy pasażerowie wyglądali na Serbów. Niewielu ludzi zdawało się być zainteresowanych podróżą do Serbii, chociażby tranzytem.

 

Mars widziany gdzieś z Serbii:

Na Marsie nie występują żadne deszcze. Powietrze jest rozrzedzone i suche. Zauważono znaki rozległego systemu irygacyjnego, są tam też wielkie zapasy zamarzniętej wody i pyłów rozwiewanych przez wiatry. Jakieś nieznane coś popychało wszystko do przodu. Nie rozwiązano jeszcze tych zagadek. Biała linia pośrodku autostrady rozwijała się i tuliła do siebie przednie lewe koło.

 

Co było na drodze:

Serbowie ubrani byli w maskujące mundury. Obejrzeli moją wizę, postawili stempel i odeszli. Było to w Suboticy. Gdzieś za Nowym Sadem zaczęła się strzelanina. Przez moje okno wszystko co należało do Serbów wyglądało  bezbarwnie i niezbyt pociągająco. Do pociągu weszli żołnierze i zapukali do drzwi mojego przedziału. Grożąc karabinem zażądali paszportu i kazali otworzyć walizki. Serbowie byli ciekawi wszystkiego: ciekawiły ich fotki z Polski, mój słownik, ale gdy znaleźli zdjęcie Buddy, ich twarze zmarszczyły się lekko ze zdziwieniem. Słyszałem  echo słw "co to kurwa za gówno?" rozbrzmiewające w pustych i represjonowanych umysłach moich nowych serbskich przyjaciół. Po długiej przerwie, po niekończącej się ciszy, żołnierze uprzejmie przeprosili za kłopot. Nie znaleźli mojej maszyny do pisania i nawet uśmiechali się spiesząc do wyjścia. Czy byłem świadkiem cudu? Nie byłem pewien. Zabarykadowałem drzwi aby zapobiec wtargnięciu kolejnych niewygodnych gości.

Przez całą noc, na każdej stacji zmęczone i niespokojne tłumy oblegały drzwi  pociągu. Wszędzie panowała ciemna i złowroga energia. Belgrad był zniszczony i brudny. Ekonomiczna presja wyraźnie zamieniała Serbię w ponure, bezbarwne miejsce. Młody żołnierz próbował dostać się do mojego przedziału, wszystkie światła były jednak pogaszone, a drzwi zamknięte na klucz. Odprawiłem pudżę w ciemności. W powietrzu czuło się ciężkie i intensywne czarne napięcie. Owo nieprzyjazne i nerwowe miejsce potrzebowało błogosławieństwa. W końcu konduktor wpuścił do mojego prywatnego schronu kilku wyczerpanych Serbów.

Po nastaniu dnia ostre i surowe serbskie góry zrobiły na mnie duże wrażenie, piękny widok z okna przedziału! Serbowie nie znali angielskiego i palili nerwowo jednego papierosa za drugim. Chyba dziwili się, że są jeszcze są pośród żywych. Moi towarzysze podróży byli uprzejmi i spoglądali na mnie kątem oka z ogromnym zmęczonym zaciekawieniem. Na granicy bułgarskiej pociąg zatrzymał się na trzy godziny, kontrola była tam niezbyt dokładna. Bułgarzy jakby od niechcenia weszli do pociągu, nie mieli nawet mundurów. Pociąg pełen był Serbów desperacko próbujących wydostać się z Serbii i Serbów robiących szybkie interesy na przemycie, który był dodatkowym źródłem ich dochodów; ludzie rzucali śmieci i spali na podłodze pociągu. Jedna wielka saga nędzy.  Serbowie nawet nie pofatygowali się  postawić mi pieczątkę wyjazdową. Wszyscy opuszczaliśmy wojenną strefę. Każdy z nas westchnął z ulgą, gdy pociąg przekroczył granicę Bułgarii.

 

Bułgaria. Zakurzone żółte pola i jednostajne brązowe góry nadawały krajobrazowi piękny i zapadający w pamięć wygląd. Szara mgła dodawała dziwnej i nieznanej ziemi odrobinę tajemniczości. Byłem na Bałkanach... Inny Wszechświat. Po całej stacji włóczyli się kryminaliści i przeróżne, pewne siebie typy. Czułem się zdezorientowany i wystraszony. Nowy dom emanował niezrównoważoną energią. Mój nowy gospodarz miał na imię Andre, pucołowaty, pełen energii matematyk przemieniony w pracownika duchowej sieci. Andre był obrazoburczym Uniwersalistą, człowiekiem o bardzo szerokich intelektualnych zainteresowaniach. Wielki Mistrz był tylko przypadkowym kontaktem. Andre nie był nawet buddystą. Natychmiast pojąłem, że odnalazłem swego zaginionego brata i że ciekawie spędzę czas w tym przedziwnym miejscu.

Sofia była  pełna słońca i  życia. Nie czułem już, że przebywam w Europie Środkowej. Czułem się raczej jak na Bliskim Wschodzie. Niczym zagubiony bohater jakiegoś filmu szpiegowskiego. Niczym we śnie. Usilnie próbowałem zrozumieć moje nowe otoczenie i nadążać za gwałtownymi intelektualnymi wywodami Andre. "Michael, musisz zrozumieć, że Bałkany są dosyć niebezpieczne. Cały czas trzeba mieć się na baczności," ostrzegał Andre. Sofia przepełniona była najrozmaitszymi intrygami. Razem z Andre wszedłem po schodach do jego niewielkiego mieszkanka, w Sofii nie zabawiliśmy jednak zbyt długo. Zaczął się weekend, a Andre chciał odwiedzić swoje dzieci w Dospej, niewielkiej wiosce położonej z dala od miasta.

Dotarliśmy do Dospej późnym wieczorem. Andre przedstawił mnie swojej żonie i rodzinie. Byli podekscytowani goszcząc u siebie Amerykanina. Dzieci Andre były urocze i inteligentne. Wszędzie, pomimo prymitywnych wiejskich warunków, odczuwałem wielką uprzejmość. W środku domu nie było żadnej toalety, pokoje były okropnie zimne, ale byłem zadowolony. Za mną było potężne pasmo górskie Rila. Wszędzie panowała ogromna energia. Księżyc w pełni rzucał na mnie swoje promienie, a moje pudże rozbrzmiewały w elektryzującej atmosferze.

Następnego ranka poszedłem z Andre obejrzeć okolice Dospej. Właśnie była jego kolej pasienia wszystkich kóz z wioski. Łąki, na których pasły się kozy, były niesamowite. Razem z Andre przeszliśmy przez wysuszone i zamglone nieużytki, widok jak z Króla Lear'a. W pięknym i surowym krajobrazie powietrze było zimne, a wiatry silne. Echo rozlegało się tu bardzo wyraźnie. Poczułem, że coś przenosi mnie w przeszłość. W oddali słyszałem brzęczenie dzwonków na szyjach owiec. To również było to. istota głębokiej egzystencji. to świętych i mistrzów.

Andre szukał czegoś. Poszukiwał wielkiego duchowego obrazu, poszukiwał ukrytego ładu. Andre pragnął przekształcić Bułgarię w duchowe laboratorium. Andre wyczuwał, że Wielki Mistrz odrzuca tradycję, która była jego duchową szkołą. Nic nowego w historii religii. Wyczuwało się w tym sprzeczność. Wielki Mistrz poszukiwał jakiegoś uzasadnienia, a ponieważ odrzucał korzenie swoich nauczycieli, nie miał wyboru, musiał stanąć po stronie rebeliantów odrzucających małego chłopca z Tybetu. Przypominało to wojnę watykańską.

Andre zamieszany był w sektę Moona, z pełnymi honorami goszczono go w Korei. Powtórne nadejście Chrystusa było dla niego symbolem triumfu wartości duchowych nad materialnymi. Andre rozumiał to co robię. Moja mandala była większa niż jej części. Niepowtarzalna aranżacja obrazów na moich zdjęciach przekształcała i uwznioślała obserwatora. Następowała integracja energii duchowej, co czyniło ją przydatną dla duchowych celów. W Bułgarii nie było żadnych przeciwników małego tybetańskiego chłopca. Ludzie doceniali mnie tutaj.

Sąsiad Andre to francuski dziwak, który kiedyś był kierowcą rajdowym. Teraz był wiejskim poetą, miał żonę i przeuroczą małą córeczkę. Facet miał kiedyś wypadek i kilka miesięcy przeleżał w śpiączce. Podczas śpiączki pewien święty z długą brodą wszedł do umysłu młodego Francuza i ocalił go. Facet obudził się i podążył za świętym do Bułgarii. Święty był rzeczywiście Bułgarem. On również przed długi czas był martwy, nie miało to jednak żadnego znaczenia. Francuz dał mi swoje zdjęcie, ja dałem jemu i jego żonie zdjęcie, na którym byłem razem z Summer. Naprawdę im się podobała. Bułgarom też. Summer była teraz ikoną i dała mi mnóstwo sił.

Opuściłem Dospej i odbyłem czterogodzinną jazdę autobusem przez urzekające okolice. Widziałem pożerające wszystko usta Mahakala. Wspaniały widok. Kolejny postój miał miejsce w klasztorze w Rila. Nieprzyjemne, przygnębiające miejsce. Klasztor był olbrzymi. Miejscowi żądali wyrazów uznania w ogromnych ilościach. Poczułem się jak ktoś oderwany od korzeni, tęskniłem za domem. Okropnie brakowało mi Summer, czułem się bez niej zagubiony. Znalazłem czarnego szczeniaka i poczułem głęboki, przejmujący smutek. Smutek zżerał mnie, czułem się bezsilny i przerażony. Nadeszła pora poddać się wyższym siłom. Klasztor Rila emanował swoim ogromem.

Razem z australijskim inżynierem, który ujawnił mi czarne strony Bułgarii, wyjechałem okazją w podróż powrotną. "Tutaj rządzi mafia. Kompletna korupcja, kompletne bezprawie. Każdy bierze. Śmierdząca sprawa," ostrzegał mój nowy przyjaciel. "Dwa razy skradziono mi samochód, a trzy razy włamano się do mojego domu. Jestem tu tylko dlatego, że tu jest moja dziewczyna. Nikomu nie można tu ufać, kolego. Mafia, policja, władze, siedzą w tym wszyscy po uszy." Zaczęły mnie ogarniać makabryczne uczucia. Zatrzymał nas samochód policyjny. Policja chciała obejrzeć dokumenty Australijczyka. Szukali każdej okazji aby zdobyć ekstra forsę. Bułgaria zatracała kształty. Zatrzymaliśmy się na jedynej stacji Shell w Bułgarii. Australijczyk pomógł w jej stworzeniu. Oaza luksusu i sprawności, rząd jednak blokował przyznanie zgody na powstanie kolejnych stacji. Cóż, Bułgaria była niczym narkoman turlający się pod gwiazdami.

Australijczyk wysadził mnie w pobliżu podziemnej kawiarenki, gdzie spotkałem ponownie  Andre. Przedstawił mnie członkom buddyjskiego klubu spotykającego się tam raz w tygodniu. Było paru wyznawców Zen, kilku Tybetańczyków, a Andre był jedynym "Theravadan" w tej grupie. Szalona reporterka o imieniu Zori rozbiła spotkanie robiąc razem z fotografem wywiad ze mną do codziennej gazety, w której pracowała. Rodzaj brukowca, który raczej skutecznie wykorzystywał jej maniacko-depresyjną energię. Jednym ze stróżów Zori był smok, często odwiedzał ją we snach i uprawiał z nią seks. Była kobietą, która poszukiwała spokoju we wnętrzu swego wichrowatego umyśle.

W każdym Bułgarze wyczuwałem zwątpienie i strach. Andre zabrał mnie z powrotem do swojego mieszkania i przedstawił mnie Elce, swojej sąsiadce, emerytowanej redaktorce działu naukowego. Starucha była wyznawcą Zen, była doskonale wyciszona i umiejscowiona. Byłem teraz jej gościem. Elka miała nieznośnego jamnika, który wabił się Milan, wymagał ciągłej uwagi i jeśli jej brakło, dopominał się o nią wyjąc morderczo. Elka desperacko chciała wydostać się z Bułgarii. "Lobi sie tu baldzo niebezpiecznie... dużo tu kly...mi..na..listów." lamentowała.

 

Bułgaria znajdowała się w stanie chaosu. Komuniści powrócili. Ograbili kraj i sprywatyzowali swoje łupy. Teraz powrócili do władzy już jako Kapitaliści! Państwa policyjnego już nie było, w powstałej próżni komuniści musieli zmagać się z nowymi rywalami. Gangsterzy, yuppies i sponsorowana przez komunistów opozycja; wszelkiego rodzaju męty uliczne przelewały się i wirowały przez podziemia Sofii. Atmosfera jak z "Alicji w krainie czarów". Opuszczone i żałosne mauzoleum Dymitrowa przyozdabiało graffiti. Spacerowałem z Andre po wybrukowanych jak w krainie Oz na żółto ulicach Sofii i stawałem w obliczu labiryntów psychologii. Kafka w powiększeniu. Bułgaria była ofiarą niezliczonych kłamstw i niekończących się pomyłek. Ciężkie, delikatne czarne napiecie zderzało się z nowym, już nie tak delikatnym białym napięciem. Komuniści spalili swoją własną siedzibę aby oczernić opozycję, którą subsydiowali. W ogniu zaginęły ważne akta policyjne i skarbowe. Sowiecki pomnik wojny był żartem historii. Pomnik ku czci niebyłych wydarzeń. Spryskano go jaskrawymi kolorami. Warstwy dymu wprawiały w zakłopotanie nawet samych autorów. W Bułgarii panował bałagan i dezorientacja. Potężna i niewybredną mieszanka żywiołów nękała cały kraj. Trudno było odróżnić od siebie poszczególne żywioły. Przeciętny Bułgar żył przygnieciony stekiem kłamstw i półprawd. Bułgaria krzyczała o ratunek.

Szaleństwo w końcu dopadło i mnie. W tramwaju skradziono mi portfel. Niewidzialne dłonie sprawiły, że szybko zacząłem nienawidzić i bać się Bułgarii. "W powietrzu panuje niebezpieczny wirus," ostrzegała Elka. "lobi siee coraz gozej" Dawna Bułgaria Elki odeszła. Dawne totalitarne kleszcze zastąpiła niebezpieczna wolnoamerykanka. Byłem znieważony i wściekły. Miejscowi wymuszali ofiary, szaleńcze miejsce. Elka przepraszała za ten smutny stan rzeczy. Nie wszystko było jednak czarne. Wywołanie w Sofii filmu typu Fuji było bardzo tanie, dałem więc do wywołania wszystkie filmy. Ilość składników mojej mandali zwiększyła się teraz. Zdjęcia Summer jak zawsze sprawiały ogromne wrażenie. Czułem się oszołomiony i zakochany, zakochany w niej i we wszystkich spotykanych istotach.

Andre zabrał mnie potem do pizzerii, w której ugoszczono mnie obiadem i tłumaczono moje duchowe sagi zauroczonemu tłumowi. Bułgaria głodna była wszystkiego co duchowe. Stawałem się kimś ważnym na tym duchowym pustkowiu. Zawzięcie prowadziłem swój dziennik aby się uleczyć i uwolnić zablokowaną energię. Zdjęcia Summer zamieniały się w swego rodzaju duchowy lek. Nasz związek rozkwitał nawet pomimo rozstania. Musiałem przezwyciężyć strach. Wiry energii kopały mnie dotkliwie. To było to. W Sofii panował dziwny ukryty porządek, którego nikt nie pojmował. Ta złożoność była czymś nowym a przyspieszone tempo było przygniatające. Nikt tak naprawdę nie znał nowych reguł tej gry. Wszystko było otoczone mgiełką i wszyscy łącznie ze mną poruszali się jak ślepcy. Widoczność na powierzchni była słaba.

Andre przedstawił mnie również Beni. Beni była ciepłą, nieco lekceważoną tłumaczką dzieł Vajravany. Zresztą jedyną w Bułgarii. Beni zrobiła ze mną wywiad dla miejscowego czasopisma buddyjskiego, również jedynego w Bułgarii. Jej szef chciał dowiedzieć się czegoś więcej o Starym Facecie ze Stockton. Wywiad stał się naszą wspólną pudżą. Wielkie duchowe prawdy wychodziły z moich ust gdy poczułem pomocną dłoń Starego Faceta. Beni bardzo się podobały zdjęcia Summer, czuła, że Summer ma równie jasny umysł jak ten mały chłopiec czekający na mnie w Indiach. Nasz wywiad dobiegł końca i w tej chwili w magnetofonie Beni skończyła się taśma. Oboje wybuchnęliśmy histerycznym śmiechem. Koniec końców Andre powrócił i wszyscy razem wsiedliśmy do taksówki. Policja zatrzymała nas, dostali swój nocny haracz. Taksówkarz powiedział, że interes kręci się jak zawsze. Czułem się rozpromieniony i uleczony.

 

W ostatnim dniu spędzonym w Sofii Andre zorganizował dla mnie duchową wycieczkę po mieście. Zwiedziliśmy kadłub olbrzymiej katedry św. Zofii i weszliśmy do wnętrza meczetu. Miejscowy Rabin przywitał nas w synagodze, olbrzymim budynku w orientalnym stylu, w którym podobnie jak w synagodze w Budapeszcie przeprowadzano solidny remont. Andre szepnął mi do ucha, że dobrze zna Rabina. Rabin był na liście płac KGB. Andre znal każdego w Bułgarii, był bowiem duchowym księciem Sofii. Andre chciał pojechać do Ameryki, przytłaczały go jednak rodzinne obowiązki. Był zresztą całkiem spłukany. Swoje spirytualistyczne książki i zdjęcia bożków porozdawałem tym wszystkim, którzy odczuwali ich głód. Sofia była zjawiskiem przypominającym Berlin, Pragę i Kraków. Na pewno nie było tu nudno! Szalone, czarujące miejsce. Kto mógł pławił się w jej oparach.

 

Merkury widziany z Sofii:

Merkury przez ponad miliard lat nie miał żadnej atmosfery, na jego powierzchni jest mnóstwo kraterów o płytkich, poszarpanych, skalistych obrzeżach, które ciągną się całymi milami. Niczym olbrzymie zmarszczki pokrywają powierzchnię planety, której gęsta skorupa w surowy sposób kurczy się wokół twardego jądra w trakcie procesu schładzania. Swoistą osobliwością tej planety jest fakt, że słońce przez osiem dni wydaje się zatrzymywać na niebie w porze południowej, a następnie cofać, jeszcze przed osiągnięciem najniższego punktu późnym wieczorem. Merkury jest smutną i wysuszoną krainą, rzecz niepojęta dla większości mieszczuchów.

 

Na dnie smutnej i wysuszonej krainy:

Byłem zmęczony ale szczęśliwy gdy Andre odprowadził mnie na dworzec kolejowy. "widaje mi siem..." - każde zdanie, które Andre wypowiadał, rozpoczynał od tej zabawnej mantry - "że żyjemy w bardzo interesujących czasach. Jest to epoka wielkich wichrów." I tak w istocie było. Ukryty ład Bułgarii nie został jeszcze odsłonięty. Może nigdy nie będzie, ale to, co widziałem, stało się kolejnym elementem mojej mandali. Przedziwne szaleństwo, przedziwny cud. Andre pokiwał mi na pożegnanie gdy pociąg zaczął gwałtownie buchać i powoli toczyć do przodu; jęki pociągu maskowały mój smutek. Czułem iż pozostawiam tu cząstkę siebie. I tak było naprawdę.