Wiedeń, Bratysława, Budapeszt

 

Wiedeń. O mały włos nie zgubiłem tu swojego paszportu. Polski konduktor odnalazł go w moim przedziale, co uchroniło mnie przed atakiem serca. Stara Stolica Habsburgów była cholernie droga. W jednym z lokali Wielkiego Mistrza dostąpiłem zaszczytu spania na podłodze świątyni, ale bez możliwości korzystania z prysznica. Nie jego wina, że była to jedna wielka rudera. Austriacy, a w szczególności Wiedeńczycy są największymi dusigroszami na naszej planecie. Wszędzie czuć było pustkę i nieprzychylność. Wiedeń nie miał duszy. Był po prostu nadzwyczaj skutecznym, dyplomatycznym ośrodkiem wymiany poglądów, mi osobiście przypominał olbrzymią głowę bez ciała. Epoka starego cesarstwa przeminęła. Wiedeń był teraz państwem-miastem, niesamowitym i olbrzymim muzeum. Ród Habsburgów, Mozart, Haydn, Beethoven, Schubert, Mahler, Freud i Hitler pozostawili swoje ślady w tym nadzwyczaj burzliwym hotelu o przedziwnych ciągotach. To właśnie tu wpadł mi do głowy zwariowany pomysł przedostania się do Bułgarii przez to, co pozostało z Jugosławii. Tanio i szybko. Jazda przez Rumunię trwałaby w nieskończoność. W ambasadzie amerykańskiej powiedzieli, abym trzymał się z daleka od brudnych Serbów. Mimo to poszedłem do ich ambasady. Widok jak na targowisku. Ale wizę tranzytową dostałem w ciągu dwudziestu czterech godzin. Serbowie patrzyli na mnie z dziwnym zaciekawieniem. W ambasadzie jordańskiej też paliłem głupa. Również oni bez bólu dali mi wizę. Koszmar, który przeżyłem z Hindusami w Pradze, wydawał się złym snem.

Z psami wiedeńskiego metra grałem w kotka i myszkę. Raz mnie złapali, ale puścili. Deszcz i ciemne chmury towarzyszyły mi co dnia. Zwiedziłem dom Freuda. To było zdzierstwo. Zapłaciłem jednak sześć dolców. "Wy Amerykanie jesteście bardzo dziwni," powiedział młody kustosz. "Odbywacie daleką drogę aby coś zobaczyć, a nie chcecie zapłacić za bilet, gdy jest zbyt drogi." Rozbawił mnie. "Zrobię to dla Freuda, ale nie wystawiaj mojej cierpliwości na próbę," odparłem udając rozdrażnienie. Pozwolono mi sfotografować wszystko co chciałem. Dom Freuda przepełniała ponura rozpacz. W ostatnich latach swojego życia Freud był całkiem zobojętniały. Czekał aż zabierze go śmierć. Staruszek wiedział, że jego stary świat stoi na granicy wyginięcia. Freud skierował swoją uwagę tylko na chakrę płci i nie potrafił wyjść poza nią. Freud zrozumiał istotę czarnego napięcia i schował głowę w piasek. Jung poszedł inną drogą poszukując wyższej chakry koronnej. Obaj kompani stracili zimną krew. Cóż, to miasto było tworem bez serca. Miało tylko dużo umysłowej energii skrywającej masę obaw. Codziennie odczuwałem obecność Summer, a dzięki temu na duszy robiło mi się cieplej. Na dowód, że o niej pamiętam, wysłałem jej kilka pocztówek.

Wiedeń. Miasto upierdliwych kupców. Uczucie jakiegoś fałszu prześladowało mnie w tym chciwym mieście. Wszystko było drogie a ludzie uprzejmi, zbyt uprzejmi. Pewną niedogodnością w tym mieście handlowych robotów byli głupi cudzoziemcy. Wiedeń był imponującą machiną konsumpcyjną, miał świetną propagandę. Mój ulubiony sklep spożywczy nazywał się consum, w nazwie był znak nieskończoności. Cóż pomyślałby stary Franz Jozef o takim szaleńczym nadużyciu? Zwiedziłem jego królewską budę. Wyczucie czasu tego starego tryka było bez zarzutu. Zmarł dokładnie w czasie, gdy Druga Fala pukała do bram jego walącego się w gruzy świata. Wir był na granicy eksplozji, a dawne, ciężkie i delikatne czarne napięcie panujące w jego królestwie nie było w stanie go pomieścić. puk puk, puk puk, białe napięcie!

Zwiedziłem dom wiedeńskiego księcia białego napięcia. Nawet niezły. Pudża Saraswati dobrze współbrzmiała z dźwiękami Mozarta i melodyką miejsca. Odprawialiśmy ją całą noc. Poczułem rozkoszne mrowienie na plecach. Była to moja ofiara złożona Austrii. Twarze kustoszów wyrażały zdumienie widokiem dziwaka siedzącego w pozycji lotosu, mruczącego z zamkniętymi oczami jakieś dziwaczne dźwięki. Dzikie złożoności uwidaczniały się w tym zaimprowizowanym spektaklu.

 

Asteroidy widziane z Wiednia:

Doliczono się około dwóch tysięcy tych pomniejszych planetarnych wędrowców, sugerując z lekka, że jest ich jeszcze dwa tysiące więcej. Owe niebiańskie pasożyty lubią przemykać się między kolejnymi błyskami światła dziobiąc zarazem swój pokarm. Te dziwne twory to nie roztrzaskane planety, są raczej martwe od urodzenia. Poronienia w naszym układzie słonecznym nie są rzadkością. Większość asteroidów krąży pomiędzy Marsem a Jupiterem, część jednak dostaje się na orbitę mimośrodową, przecinającą orbitę Ziemi. Jeden z nich, niewielki punkcik o nazwie Eros, mógłby nieźle namieszać w ziemskiej scenerii poniżej poziomu chmur. Eros, o wymiarach około 7 na 19 na 30 kilometrów, mógłby na znaczącym obszarze Ziemi spowodować niewiarygodne zniszczenie i bardzo poważne zmiany. Jeśli Eros zdecyduje się skierować w naszą stronę, będziemy mieć jakieś sześć miesięcy na przygotowanie się.

 

Wiedeń widziany z powierzchni Erosa

Młoda Słowaczka powróciła właśnie z Tybetu z wiadomością, że tamten dzieciak może być właśnie tym jedynym. Cóż, ona jest bliską przyjaciółką Wielkiego Mistrza, jej życie seksualne jest chyba nieco poplątane. Aktualnie zaprzyjaźniła się z dziwacznym Amerykaninem śpiącym na podłodze w jednym z pokojów świątyni, zapaliła go do nierozsądnego pomysłu odwiedzenia tego dzieciaka, korzystając z chińskiej wizy, którą przed wjazdem do Kathmandu trzeba kupić, ukraść lub pożyczyć. Młoda Słowaczka polubiła zdjęcie Nakpy, które w odpowiednim czasie stanie się jej własnością. Amerykanin zarobi nieoczekiwanego całusa prosto w usta. Niemądry uśmiech niedowierzania malujący się na jego twarzy przetrwa wstydliwie aż nadejdzie odpowiedni czas aby wsiąść do pociągu jadącego w kierunku kolejnego wiru.

Wsiadłem do pociągu i przyjechałem do Bratysławy, stolicy nowego niepodległego królestwa Słowacji, w ciągu zaledwie godziny. Dzień był wilgotny i pochmurny. Dziwaczna mała Bratysława! Urocze miasteczko z uroczymi małymi Hradczanami, urocze małe Stare Mesto i bardzo przyjaźni ludzie. Słowacy szybko podążali do przodu w wielkim wyścigu przemiany małych sklepików w Nowej Wspaniałej Europie Wschodniej. Słowackie laski prezentowały się świetnie, a sami Słowacy zdawali się mieć więcej pewności siebie niż ich byli bracia Czesi. Nie czułem aby ktoś rozpaczał z powodu rozpadu. Kilka ładnych dziewczyn opowiedziało obcemu o pogorszeniu sytuacji ekonomicznej i że premier jest do dupy. Na wystawie w Hradczanach widziałem posąg bogini Matki i śliczne klejnoty koronne, widok jak ze złego snu. Mała Bratysława wciąż tak  naprawdę nie była przygotowana na przyjęcie turystów. "Ach, wciąż coś tu sprzątają," powiedziała jedna z dziewczyn. "Wcześniej to miasto wyglądało jakby od czasów ostatniej wojny nie było odnawiane." Uśmiechnąłem się i wpadłem w dziurę w starej dzielnicy. Trudno było dostrzec w ciemności drewniane rusztowania. Próby znalezienia taniego noclegu były pozbawione sensu.Nie planowałem przyjazdu do Bratysławy. Padało, a ja nie miałem żadnej mapy miasta. Ciężko było nauczyć się tu poruszać. Do Devina pojechałem nieprzygotowany, nie spodziewałem się widoku zrujnowanego zamku na szczycie góry czarnoksiężnika. Miejsce emanujące siłą, niewielki wir, gdzie mieszały się ze sobą wody dwóch potężnych rzek. W dawnych złych czasach przebiegała tu stara granica, teraz pozostało po tym tylko niejasne wspomnienie. W dniu mojej wizyty Devin pokryty był całunem mgły. Magiczne, tajemnicze powietrze okrywało krajobraz Słowacji. Wielu walczyło i wielu zginęło za to wzgórze. Odprawiłem tu pudżę za Słowację. Dusze w szaleńczym pędzie za błogosławieństwem gwałtownie zwijały się w konwulsjach, niczym samotne, wychudłe postacie clownów. Poczułem na sobie szeroki uśmiech Summer. To było jej miejsce. Nasza karma sowicie nas obdarowała. Zajrzałem w dół groteskowo głębokiej studni. Rzuciłem kamyk i czekałem na odgłos pluśnięcia. Czekałem dobrą chwilę! Głośno zastanawiałem się jak głęboko należy wejść do wnętrza aby dojrzeć swoje błędy. Swoją niewiedzę. Aby usłyszeć odgłos wolności. Jak głęboko trzeba upaść aby w końcu poddać się wyższej mądrości odnalezionej w tajemnych punktach wszechświata. Złożyłem przysięgę, że sprowadzę tu Summer. Panuje tu pozytywna energia.

Wpadłem na słowackiego profesora literatury amerykańskiej, którego zaintrygowało moje pisanie. Nasze drogi rozeszły się i nigdy nie wymieniliśmy się adresami. Spieszyłem się, aby zdążyć na pociąg jadący w kierunku kolejnego wiru. Młody Słowak, który pomógł mi dźwigać bagaże i nawet uiścił dodatkowe opłaty, jakich zażądał konduktor, uzyskał natychmiastową łaskę w postaci rozmowy o dharmie, podczas gdy pociąg toczył się w kierunku Budapesztu. Devin wciąż powracał w moich myślach. Na walkmanie słuchałem piosenki Pink Floyd'ów "Ciemna strona księżyca". Zgadza się, duchowi stróże zabrali mnie we właściwe miejsce.

 

Komety widziane z Devina:

Komety są reliktami historii układu słonecznego. Miliardy lat temu opuściły nasz rejon i od tej pory przebywają w zimnych piwnicach kosmosu. Gdy kometa powraca, wraca z przeszłości, jest elementem pradawnej materii. Wygląd komet powodował duże zamieszanie i zaniepokojenie wśród mieszkańców tej planety. Cóż za komiczna ironia, iż mieszkańcy owej dziwnej i samotnej planety bardziej, pod względem chemicznym, związani są z kometami, aniżeli z samą planetą Ziemią. Większość żyjących istot zbudowana jest przeważnie z wodoru, tlenu, węgla i azotu, składników budowy komet. Niczym niesforne dzieci rzucające kamieniami poprzez chybotliwe płoty, komety tworzą w wyobraźni wizje. Jedynie cholerni głupcy nie zwracają uwagi na ową wizję. Jakże przeogromny przeskok!

 

Wizja:

Budapeszt. Miasto ludzi żyjących w ogromnym pośpiechu, miasto szaleńczej konsumpcji. Przyjechałem późno w nocy i mój gospodarz nawet nie pofatygował się, aby odebrać mnie ze stacji. Musiałem targować się i wykłócać z demonami za kierownicami taksówek, którzy węsząc za dolarami, żądali grubej forsy. Węgierskie pieniądze, aby ukryć ich zupełną bezwartościowość, są olbrzymich rozmiarów i kolorowe jak tęcza. "Drobne! Daj drobne!" zasyczał mi do ucha taksówkarz, gdy wysadzał mnie przed mieszkaniem Beli. Bela był wielbicielem Wielkiego Mistrza i ostrożnie mu się podporządkowywał. Raczej niedbale wypełniał swe powinności i niezbyt hojnie dzielił się żywnością czy czymkolwiek innym. Na jego stereo dwadzieścia cztery godziny na dobę grało "Dead Can Dance" a on sam sapał i dyszał ciężko w swojej sypialni każdej nocy z nową kobietą. Zdjęcie poprzedniego wcielenia małego chłopca zapaliło się w moim pokoju podczas odprawiania pudży, ostrzegając mnie przed naturą węgierskiego umysłu.

 

Węgierski sangah uwielbiał sex, popijawy i tytoń. Zauważyłem, że Bela był przywódcą tej grupy. Większość młodych Węgrów miało po dwadzieścia kilka lat i przedziwne imiona, jak przykładowo Attila. Była tam ciekawa para prawdziwie praktykujących wyznawców Buddy, którzy pechowo trafili w orbitę Wielkiego Mistrza. Mężczyzna miał przeogromną motywację, był jednak przekonany, że chłopiec z Tybetu jest oszustwem. Współczucie wymaga mądrości. Zawsze powtarzam, iż powiedzenie głupcowi, że postępuje głupio, jest oznaką prawdziwego zainteresowania i troski. Powiedziałem mojemu nowemu przyjacielowi, aby miał otwarty umysł. Jego dziewczyna była lekko wkurzona, ale nie miało to dla mnie żadnego znaczenia. No cóż! Węgrzy są prawdziwymi przedstawicielami Eurazji! Kobiety również, cudowne, białe o europejskim wyglądzie, z lekką domieszką azjatyckich rysów. Język węgierski jest niezwykle miły dla ucha. Brzmi niczym mieszanina mongolskiego z tureckim, w połączeniu z włoską intonacją. Niczym małe ptaszki śpiewające o poranku.

 

Był chyba jakiś związek pomiędzy Summer a chłopcem z Tybetu. Wyraźnie dostrzegałem to podczas odprawiania pudży. Summer była już połączona z nakpą i z tybetańskim mistrzem, którego widziała na moim ołtarzyku. Owe małe wcielenie mistrza miało już teraz trzy lata i oczekiwało mnie w Indiach. Kwestia, kim był ów chłopiec nie miała żadnego znaczenia. Miałem dziwny sen, widziałem mówiącą rybę o ostrych zębach. Aby pływać potrzebowała mnóstwo wody. Ryba zachowywała się jak całkiem miły zwierzak domowy. Zacząłem wywoływanie filmu. Gwiazdą większości fotek była Summer. Zacząłem tworzyć małe albumy, traktowałem je niczym modlitewniki. Miały mnóstwo energii. Ważne było samo ich dotykanie.

Zwiedziłem buddyjską część miasta. Bezkresne miodowe tunele przeczesywały wnętrze góry buddy. Natrętny, arogancki węgierski dzieciak poprowadził mnie przez labirynt i natychmiast zaproponował własny komentarz. Krwawy wstęp do poznania przeszłości Węgier. Historia piekielnego królestwa w pigułce. Figury woskowe zwijające się z bólu w okrutnych salach tortur rywalizowały z poćwiartowanym ciałami poukładanymi w stosy. Chrześcijanie wykurzyli pogan. Była tam nawet woskowa figura węgierskiego macho o imieniu Miklosh. Postać znana wszystkim młodym Węgrom, również Bela wydawał się zainteresowany naśladowaniem Miklosha. Styl życia Beli mało mnie obchodził. Czułem rosnący rozdźwięk z jego błazenadami. Po każdym wysiłku Bela sikał wprost energią seksualną. Chciał mieć i wróbla w garści i gołębia na dachu. Było to możliwe, ale wymagało odpowiedniego przygotowania, a Bela  nie zdawał sobie z tego sprawy. Lojalność względem współmałżonka była też dosyć ważna, a ja dawno już straciłem rachubę podbojów Beli. Bela zmieniał praktykowanie wiary w nudną łóżkową farsę.

Węgry były duchową pustynią. Cierpiały z powodu ekonomicznego białego napięcia. Pierwszy kraj wschodniej Europy, który wyszedł z komunistycznego bardo. Z zemsty ponownie jednoczył się z Zachodem. Niemieckie i Austriackie firmy przejmowały teren w zastraszającym tempie. Węgrzy wiedzieli co modne. Być na fali w Budapeszcie to być kimś. Okropnie tęskniłem za Summer. Pod pikantną i krzykliwą powierzchnią Budapesztu czułem dziwne dudnienie. Jakby przegrzewanie się silnika. Nieprzyjemne uczucie. Węgry były niecierpliwe, wprost płonęły z zapału. Przesiąknięty papryką umysł wypalał się. Węgierskie duchy całymi gromadami wypełniały rozpalone, pokryte smogiem ulice. Budapeszt tętnił energią i szaleńczym życiem. Odkryłem tymczasowe antidotum na tę szaleńczą atmosferę. Tureckie łaźnie. Za grosze mogłeś moczyć się tam ile dusza zapragnie, a potem chrapnąć chwilkę na specjalnie przygotowanych leżankach. Byłem w parowym niebie! Świętowałem sukces, który odniosłem w chińskiej ambasadzie. Miałem już swoją wizę. Chciwi Chińczycy chcieli dolarów.

 

Wenus widziana z Budapesztu:

Wenus zaprasza ziemskie istoty do założenia stada. Jest naszą siostrą, ale jest tak obca i ma tak gęstą atmosferę. Zabójcze powietrze na Wenus nie ma tlenu, występują tam jednak kwaśne, powodujące korozję deszcze. Kwaśne chmury przelatują nad planetą raz na cztery dni. Zabójcza planeta. Temperatura wyższa niż w piecu. Jej powierzchnia jest gładka niczym skóra niemowlęcia, bez żadnych wzgórz, które w tej gorącej korodującej atmosferze waliłyby się niczym zamki z piasku. Życie pod jakąkolwiek postacią jest niewyobrażalne. Niczym złamana laska, zepsuta lalka, worek kości, w pobliżu knajpy z haszem słychać wrzaski szaleńca.

 

W knajpie z haszem:

Autobusem pojechałem na cmentarz Rekozeturi, aby złożyć Węgrom ofiarę. Rok 1956, niezrozumiały właściwie rok węgierskiej historii. Groby męczenników poupychano z dala od wejścia. Komuniści poukrywali ciała w nieoznaczonych grobach. Teraz wszyscy bohaterowie mają specjalne czerwono-zielono-białe wstążki mające uczcić ich głębokie ziemskie pragnienia. Niedouczone i zmieszane dzieciaki zwożone były autokarami. Znudzeni strażnicy przeganiali mnie okrzykami. Miejsce tylko dla Węgrów. Smutne, prywatne przyjęcie. Imre Nagy dostał świecę. Przesłałem błogosławieństwa dla Summer i dla wszystkich męczenników.

Chciałem zobaczyć starą synagogę w Budapeszcie. Zrobiło mi się smutno na widok starych krypt prezentujących zanikającą żydowską arystokrację. Przez - szybę głośno krzyczała do mnie kopia ostatecznego rozwiązania. Czarne Demony wzięły na celownik nawet Żydów z Grenlandii! W pobliżu znajdował się dom Theodora Herzela. Pocztówki były drogie. Chciałem zostać dzień dłużej, ale Bela był nieugiętym dupkiem. Zabrał mnie na stację Kaleti gdzie wszedłem do pociągu jadącego do Sofii. Brak spójności węgierskiego rynku konsumenckiego miał być zastąpiony wojenną spójnością Jugosławii. Jadę do królestwa piekieł. Pociąg ruszył.