Auschwitz

 

Wyskoczyłem z pociągu w Ostrawie, ponurym i brzydkim przygranicznym mieście. Pozostałą część nocy spędziłem przysłuchując się odgłosom wydawanym przez rzygających pijaków i wrzaskom w poczekalni dla pasażerów. Co rusz ganiałem do obskurnych toalet. Gapiłem się na wyblakłe zdjęcie Havla na upstrzonej przez muchy ścianie. Aksamitna Rewolucja wydawała mi się teraz odległą fantazją. Przed czterema laty obserwowałem w San Diego jej rozwój na CNN, po tym jak straciłem wszystkie pieniądze, a mój ojciec tracił w San Diego kontakt z rzeczywistością. Summer miała wówczas dopiero czternaście lat. Zastanawiałem się czy w ogóle zaprzątała sobie głowę obserwowaniem na szklanym ekranie tego podniecającego szaleństwa. Głowa pękała mi z przeładowania.

 

"Proszem!" krzyknęła starsza pani przy ladzie. Jedzenie było okropne. "Dzie-kuu-jee," wymamrotałem. Nienawidziłem Ostrawy. Pociąg do Katowic wtoczył się późnym popołudniem. Z chwilą przekroczenia polskiej granicy dramatycznie zmienił się poziom energii. Polska była innym Kosmosem. Uśpionych Czechów, przypominających wyglądem indyjską fasolę, zastąpiły istoty tętniące życiem i energią. Polacy wiedzieli, co znaczy żyć pełną piersią. Polacy prezentowali postawę pełną zaufania i siły. Ich pełne twarze, kanciaste i wyszczerbione były twarzami ludzi, którzy przetrwali. Muter Polonia przetrwała wszelkie zawirowania historii. Przepiękne barwy jesieni docierały z zewnątrz do przedziału mojego pociągu. Widziałem rolników zbierający plony. Twardy, ale uprzejmy polski biznesmen udzielił mi wskazówek jak dostać się do Krakowa. "Możemy doigrać się kłopotów," westchnął mój potężny przyjaciel. "Ostatnie ruskie oddziały wyjadą z Niemiec pod koniec tego lata, potem zacznie się kolejna wojna." Takie były moje pierwsze wspomnienia z Polski.

W Krakowie wydawało mi się, że całe godziny zajęło uzyskanie na trzeszczących polskich łączach telefonicznych połączenia z Jerzym, moim polskim punktem kontaktowym. Ogłuszający hałas tłumu wydobywającego się z pociągu utrudniał usłyszenie jego głosu, ale w końcu Jerzy pojawił się w samochodzie przypominającym pudełko od zapałek. Załadowaliśmy moje ciężkie bagaże i ruszyliśmy do jego mieszkania. Rozpoczęła się nowa przygoda.

Jerzy właściwie mnie nie oczekiwał. Budował sobie mały azyl. Był muskularny - i zwarty z wyglądu. Natychmiast polubiłem emanujące w tym miejscu siły. Jerzy był poważnym praktykiem. Tłumaczył na język polski książki spirytualistyczne, a na życie zarabiał w Norwegii. Polskie pieniądze były bezwartościowe, a inflacja z dnia na dzień pomniejszała jeszcze bardziej ich wartość. Na parę dni znalazłem nowy przytulny azyl. Poszedłem spać myśląc o Summer. Czułem, że jestem jej bardzo bliski. Przedziwna energia wypełniła powietrze. Duchowi opiekunowie Jerzego przyjęli moje ofiary, a ja biłem się z dzikimi myślami. Polska była w porządku.

Kraków był piękny i pochłonięty swoimi sprawami. W mojej książce przebił Berlin i Pragę. Spacerowałem wokoło rozkoszując się obecnością przyjaznych tłumów i wibrującym powietrzem. Wyczuwałem odbicie starożytności. Kraków, podobnie jak Praga, miał swoje własne Hradczany, swoje własne Stare Mesto i oczywiście swój własny Jozefov. Polacy chyba o niebo wyprzedzali Czechów i byłe wschodnie Niemcy w brudnym wyścigu ducha przedsiębiorczości! Gdzie tylko się dało nowe małe firmy powstawały niczym grzyby po deszczu - Polacy instynktownie wiedzieli jak ważny jest service. Czerwone napięcie traciło na sile, nawet pomimo tego, że nowi starzy komuniści rośli w siłę.

Miejscem wszystkich wydarzeń w Krakowie był duży plac wielkości boiska piłkarskiego. Rynek tętnił życiem o dowolnej porze dnia, a żadne samochody nie psuły tej świętej sceny. Stare kościoły i fontanny były doskonałym miejscem dla poetów przygrywających sobie na gitarze i bosych polskich dziewczyn. Niedaleko znajdowała się sędziwa Alma Mater, Uniwersytet im. Kopernika. Pobiegłem, aby oddać cześć człowiekowi, który umieścił słońce w centrum naszego układu słonecznego. To właśnie takie błyskotliwe myśli zmieniły nasze dziwne i wąskie ludzkie horyzonty. Posąg polskiego astronoma ukryty był w jakimś zaułku, zagubiony w tym całym tumulcie. Odszukałem go i dobrą chwilę mu się przypatrywałem.

Po powrocie do Jerzego karty tarota potwierdziły, że mój stały związek z Summer był OK i bezpieczny, natomiast  krótki związek, cokolwiek by to miało być, był pełen przeszkód. Westchnąłem i przyjąłem do wiadomości ten smutny i ekscytujący stan rzeczy. Byłem w drodze, coraz bardziej na wschód. Summer była teraz moim małym klejnotem posiadającym moc spełniania wszelkich życzeń i jak wszystkie przynoszące szczęście amulety należało ją mieć blisko serca.

Jerzy spytał mnie po czyjej strony jestem w wojnie o dzieciaka. Powiedziałem, że popieram chłopca z Tybetu. On też. Obaj byliśmy tym uspokojeni. Połowa krakowskich sangah z Jerzym na czele opuściła Wielkiego Mistrza. Jerzy niecierpliwie czekał na rozpoczęcie odosobnienia i zostawił mnie na progu innego mieszkania. Ten rozwój wypadków mnie nie zdziwił. Nowe miejsce, w którym się znalazłem, było brudne i zatłoczone. W powietrzu również czuło się coś dziwnego. Jerzy był niezwykle zakłopotany i szybko zniknął w ciemnościach nocy. Moi nowi gospodarze znaleźli dla mnie miejsce na podłodze "pokoju gościnnego" a ja szybko poddałem się tkwiącym gdzieś w moich marzeniach opiekunom. Polska była pełna niespodzianek.

Dzielnica żydowska w Krakowie przypominała zaginiony świat. Podobnie jak Praga była nawiedzona przez duchy, były one jednak cieplejsze i pogodniejsze. Czułem obecność swojej babki. Przywoływał mnie grób wielkiego cadyka, rabina Rhemu. Stary polski Żyd żebrzący o parę dolarów umiejętnie poprowadził mnie do miejsca wiecznego spoczynku tego wielkiego świętego. Ułożyłem tam kamienie za Summer i za siebie, za swoją rodzinę i za wszystkie uciskane istoty. Wiedziałem, że moje ofiary zostały natychmiast przyjęte. Żydowscy bodyhisattwah kochali wszystkich gojów. Odczuwałem wielkie światło i ochronę. Czarne demony nie zdołały tego zniszczyć. Polska przeżyła pomimo ogromu czarnego napięcia, była teraz duchowym centrum Europy. Byłem zdziwiony przyjazną postawą Polaków. Wszędzie, dokąd poszedłem, znajdowałem przyjazną dłoń. Karma była tu dobra.

Autobusem pojechałem do klasztoru Kamedułów mieszczącego się poza miastem. Jesień sprawiła, że dzień dostarczał wspaniałych wrażeń dźwiękowych i wizualnych: wiatr i liście odbywały przede mną swój szalony taniec barw. Byłem w przedziwnym niebie. Zwiedziłem krypty. Z jednym z mnichów posprzeczałem się po hiszpańsku. "Opróżniasz  misę aby otrzymać Boga," oświadczył brat Benito. "Nie! Opróżniasz ją, a potem wyrzucasz." Odpaliłem. Odbijanie piłeczki trwało dobrą godzinę, w nagrodę dostałem na obiad czerwoną kapustę wymieszaną z ziemniakami i podróż powrotną do miasta. Kraków był mokry od deszczu, nie miało to jednak żadnego znaczenia. Byłem w domu! Czułem obecność serca Summer i serca świata. Odrzuciłem raj materialny i nawet brunatnym i czerwonym demonom, które zamęczały ową magiczną i przyjazną ziemię, przesłałem błogosławieństwa. Kraków był przepełniony nienaturalnym blaskiem podobnym do złota. Skoki karmy nie były już nieprzyjemne. Odbywałem przecudowną podróż, podróż przez błękitne morze, w moim umyśle nie było na razie żadnych wątpliwości.

Nadeszła pora wyjazdu do Auschwitz. Ulokowałem się w autobusie i gapiłem na kopce cebuli i zaprzęgi konne na drodze. Brzozy i liście o barwach jesieni jaśniały za oknem. Jeśli tak wygląda droga do piekła, to trzeba przyznać, że jest świetnie zamaskowana. Wysiadłem razem z pijanym dwudziestokilkulatkiem milę od "muzeum", jak miejscowi nazywali to miejsce. Mój towarzysz podróży był młodym i zagubionym mieszańcem, tak jak ja: pół tego,  pół tamtego. W tym wypadku Niemca i Portugalczyka, ale obcego dla obu kultur . Powiedziałem Maruszowi, aby swoje piwo zostawił za bramą. Potulnie dostosował się do mojej prośby.

Wejście do "Małego Auschwitz" miało ów słynny napis arbeit macht frei falujący pod chmurami niczym smutne i samotne wspomnienia. Minąwszy napis, razem z Maruszem poszedłem bitą ścieżką prowadzącą bezpośrednio do obozowych baraków i do paru budzących odrazę ekspozycji. Wzdrygnęliśmy się na widok sterty włosów, okularów i walizek, które nas tu przywitały. Małe stosy puszek z cyklonem B stały jako niemy świadek wielkiego oraz czarnego napięcia. Była tam nawet mała makieta pokazująca, w jaki sposób doprowadzano ludzi do komory gazowej. Wszystko to przeraziło Marusza, który zamierzał natychmiast wyjść. Postanowiłem wraz z Maruszem odprawić pudżę obok muru pamięci, w miejscu, gdzie rozstrzeliwano niezliczone rzesze więźniów. Czułem w wieczornym powietrzu obecność silnego napięcia, ale gdy zaintonowałem tybetańskie teksty, przestrzeń poczęła się rozszerzać, dowód łaski naszych opiekunów. Po chwili razem z Maruszem zaczęliśmy odczuwać ulgę. Miejscowi błagali o błogosławieństwo. Miejsce niezwykłego napięcia. Zamiana tego stanu była ogromnie ważnym zadaniem, czułem  pomoc opiekunów i przewodników. Słowa były bezużyteczne.

 

Księżyc widziany z Auschwitz:

Morza księżycowe przypominają kamień, panuje tam albo zabójcza jasność albo kompletna ciemność - na tej martwej planecie nie ma łagodnych form przejściowych. Wszędzie na powierzchni widać wpływ intensywnych uderzeń. Brak tu jakiejkolwiek atmosfery. Brak jakichkolwiek oznak życia.

 

Auschwitz widziany z księżyca:

To niewielkie poletko w dole jest miejscem o bezdennej jakości, z możliwością oświecenia. nieznane siły wydobywają światło z ciemności.

 

Fakty z powierzchni Auschwitz:

Marusz chciał wracać do Krakowa, odprowadziłem go więc na stację. Potem musiałem w ciemności odnaleźć drogę do "Muzeum". Autobus wysadził mnie z tyłu obozu i pogubiłem się. Złowieszcza energia zła. Idąc słabo oświetloną drogą prowadzącą w kierunku ciemnych i nieprzyjaznych pól zacząłem oddalać się od obozu. Przeklinający pijak szedł za mną i wkrótce ogarnęła mnie przerażająca panika. Jakby przypadkiem odprawiłem gniewną pudżę. Pijak był moim asystentem. W końcu dowlokłem się do obozu idąc po swoich śladach od miejsca, w którym zostawił mnie autobus. Nagle znalazłem się w pobliżu krematorium i komory gazowej. Ciemno jak w piekle, świeciło się tylko kilka samotnych lamp i w ich świetle widoczne były zarysy wież strażniczych i drutu kolczastego. Słyszałem zawodzenie miejscowych, ich opiekuni byli bardzo agresywni. Zszedłem powoli recytując mantrum. Mimowolnie odprawiałem wyższą formę Tantry na tym hitlerowskim cmentarzysku cmentarzy. Worywałem się do wnętrza ciemności i odkrywałem coraz więcej ciemności. Opuściłem to miejsce i dowlokłem się na opustoszałą autostradę. Wszystkie pudże odprawiane w tej strefie miały natychmiastowy i automatyczny efekt. Niedawno zmarły  Nakpa, który w Konopiste pomagał mi oraz Summer, również i tu służył pomocą. Między naszą trójką panowała głęboka wspólnota. Wspólnie z Summer, za aprobatą Nakpy, złożyłem ofiarę Czechom. Teraz, również za jego błogosławieństwem, składałem ofiarę Polakom, właśnie tu, właśnie w Auschwitz.

Odszukałem wreszcie "informację" i zarezerwowałem sobie pokój na noc. Ksiądz polubił mnie i zaczął wypytywać o moją "pielgrzymkę". Ojciec Pytor był bardzo pobożnym katolikiem, ale żądał podania celu wejścia na drogę duchową. "Ja muszę wsłuchiwać się w swoje myśli," oświadczył agresywnie. "Bóg dał mi na to rozum," dodał. No cóż, jak można naprawdę obserwować Boga, jeśli obserwator też jest jedynie iluzją? Zastanawiałem się po cichu. (Jerzego również - to nurtowało). Ojciec Pytor wyczuł, że moje poszukiwania są szczere i następnego ranka zawiózł mnie do "Dużego Auschwitz" mieszczącego się jakieś dwa kilometry od "Informacji". Wysadził mnie przy "bramie śmierci". Ojciec Pytor wskazał palcem na bramę. "Tam! Tam odnajdziesz Boga!" Jego samochód odjechał szybko pozostawiając obłok kurzu, który dodatkowo przypomniał mi o moich ciężkich powinnościach. Musiałem teraz stanąć twarzą w twarz z demonami a moją jedyna bronią przeciwko nim było współczucie. Czy miałem go wystarczająco dużo?

Byłem w Birkenau. Miejsce prawie nie do opisania. Przynajmniej trzy razy większe niż "Mały Auschwitz". Tory kolejowe przechodziły prosto przez bramę. Pociągi zostawiały ofiary bezpośrednio przed komorami gazowymi i piecami. Był to świetnie zorganizowany proces przemysłowy. Istoty ludzkie były wsadem, a efektem końcowym był nawóz. Chory proces Drugiej Fali. Brak jakichkolwiek zahamowań moralnych. Wspiąłem się na wieże i spoglądałem na leżącą przede mną rozległą fabrykę śmierci. Pomimo tego wszystkiego wiedziałem, że stoję na uświęconej ziemi. Owa przeogromna machina śmierci przemieniła tę ziemię i uczyniła ją świętą. Epicentrum czarnego napięcia.

Swoją pierwszą dzienną pudżę odprawiłem w pobliżu kilku zniszczonych baraków. Naziści próbowali spalić ile się dało uciekając przed nadchodzącymi Rosjanami. Olbrzymi kompleks obozowy zdawał się rozciągać we wszystkich kierunkach. Dzień był pochmurny a obóz wydawał się być prawie opustoszały. Ptasi prześmiewcy siedzieli na ogrodzeniach z drutu kolczastego świergocząc, nieświadome głębszego znaczenia ukrytego w szatańskim świetle otaczającym obóz. Dusze sepleniły, wiły się, padały i zawodziły. Wyły i popadały w rozpacz. Były wszędzie. Były w pobliżu olbrzymich, zniszczonych komór gazowych i krematorium. Wiedziały, że kiedyś u góry był ogień, a na dole gaz. Żył tutaj Moloch, który codziennie pożerał swoje dzieci. Widziałem pełne popiołu doły, zbiorniki na nieczystości, pomieszczenia, w których dokonywano konfiskaty mienia i pola śmierci. W pobliżu stawu wypełnionego popiołami odprawiłem kolejną pudżę. Widziałem porozrzucane wszędzie białe krzyże i Gwiazdy Dawidowe. W chwili, gdy kończyłem odprawianie pudży, wyszło słońce i przebiło się przez ciemne zachmurzone niebo. Odpowiedź niewidzialnych przewodników. Wiele dusz zostało uwolnionych. Po omacku wyczuwałem światło w ciemności.

Okazją pojechałem z powrotem do "Małego Auschwitz". Modliłem się przed tą wielka machiną śmierci. Zwiedziłem krematorium i komorę gazową. Czuło się tu skupienie. Epicentrum samego epicentrum. Prawdziwa koncentracja smierci. Ledwie można było oddychać. Powietrze było duszące. Odprawiłem pudżę aby uwolnić się od tego nacisku. Skupienie w obliczu śmierci przywodziło na myśl święte skupienie. Odrobinę niedokończone i niedoprawione, a jednak najczystszy pokarm rozkoszy. Nie brakowało żadnego ze składników. Potrzeba jedynie odrobiny świętego napięcia. Było tu zbyt dużo strachu, a zbyt mało błogosławieństwa. Można to było w końcu przekształcić - to jedno, czego byłem pewien.

Wszędzie widziałem znaki Żydów domagających się zwrotu swojej ziemi świętej. Krajobraz naszpikowany był świecami i wszelkiego rodzaju dużymi i małymi tablicami pamięci. mój smutek jest nieustannie przede mną. Wielkie przesłanie. Na walkmanie słuchałem klezmeriady. Brzmiała intensywnie i surrealistycznie. Miałem ochotę zatańczyć, nie wydawało się to niewłaściwe. Odczuwałem zadowolenie. Nadchodziła noc, ale szok znikł. Wszystkie pudże wypadły dobrze. Byłem zupełnie sam ale nie odczuwałem strachu. Coś jak przyzwyczajenie...i szczęście. Słyszałem odgłosy ulgi dobiegające na to święte miejsce na ziemi ze wszystkich wrażliwych królestw. Opiekunowie odpowiadali na wszelkie moje wołania o pomoc. Ich współczucie było bezinteresowne. Panika minęła. Minąłem komory gazowe i krematorium i poczułem pełnię.

Późnym wieczorem powróciłem do Krakowa nucąc tryumfalnie melodię polskiego hymnu. Przeżyłem Auschwitz, a teraz nadeszła pora, aby spakować się i przenieść do Wiednia. Jerzy wpadł się pożegnać i opowiedział  mi historyjki na temat eskapad Wielkiego Mistrza. Natknąłem się na dwóch polskich facetów żywo dyskutujących o zwariowanym pomyśle eksportu i importu dziwacznych świecidełek. Facet o imieniu Lech pomógł mi wsiąść do tramwaju. Był z wykształcenia filozofem i rozumiał, jak ważne jest badanie umysłu przeskakującego pomiędzy systemami, ważniejsze nawet niż badanie samych systemów. Wszystkie systemy są owocem umysłu, warto więc zacząć od samego źródła. W Krakowie zapadał zmrok i niezliczone budynki w mieście zaczynały połyskiwać własnym światłem. Razem z Lechem wysiadłem chwiejnym krokiem z tramwaju, odetchnęliśmy głęboko i przez chwile odpoczywaliśmy. Nadeszła pora, aby wsiąść na pokład kolejnego pociągu i odjechać w tajemniczą noc, do kolejnego wiru. Lech pomachał mi na pożegnanie i zamienił się w znikający punkt z chwilą, gdy pociąg nabrał prędkości.